PRZEMIJANIE (?) …W STADZIE PĘDZĄCYCH BIZONÓW

 z Markiem Głogoczowskim rozmawia Bartek Solik.

Kwartalnik “TATRY”, nr.76, Wiosna 2021, wyd. Tatrzański Park Narodowy

*

Zacząłeś wspinać się w latach 60. Jak było wtedy, a jak jest dziś?

Widzę wyraźne zmiany. Przede wszystkim to umasowienie alpinizmu. Dla przykładu – w 1972 roku studiowałem na Uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii razem ze znanym alpinistą amerykańskim i fotografem Galen’em Rowell’em. Galen zginął później w 2002 roku w wypadku lotniczym niedaleko kalifornijskiego Bishop. Dwukrotnie robiliśmy wspólnie nowe drogi w Kings Canyon w Sierra Nevada. Mieliśmy czas, żeby porozmawiać, o tym dlaczego i po co my to w ogóle robimy. Wtedy problem śmierci i przemijania nas nie interesował. Ważne było dla nas czemu się w to wdaliśmy. Ja Polak, on Amerykanin, ale zdanie mieliśmy takie samo – WYPCHNĘŁA NAS DO TEGO CYWILIZACJA. W CYWILIZACJI NIE MA NIC CIEKAWEGO DO ROBOTY. Galen napisał wtedy artykuł do “National Geographic”, o tym, że jego przodkowie – myśliwi i traperzy, polowali. Że to była dawniej bardzo niebezpieczna przygoda. By przypomnieć amerykańskich Indian polujących na bizony, oni musieli być na tyle odważni by wbijać się ich w stado, umieć zeskoczyć z konia w galopie i tak dalej. Oni się nie przejmowali, że w każdej chwili mogli łatwo zginąć. Galen napisał, że tak jest wśród współczesnych alpinistów, którzy ryzyko przyjmują za normę. Dziś jako bardzo stary człowiek patrzę na zdjęcia korkujących się himalaistów w drodze na szczyt Everestu. Gdyby ktoś się źle poczuł, to Szerpowie mają w razie czego tlen i namiot. Wszystko za tobą niosą. W zasadzie to się trzeba przemęczyć na poręczówkach i jakoś tam wyczłapać na wierzchołek. Jaka to przygoda?! Wszystko się skończyło.

W górach straciłeś wielu kompanów.

Mój przyjaciel Andrzej Mróz, który zginął w Alpach w 1972 r., twierdził, że normalne życie, chodzenie do pracy to jest nuda. Przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się asfalt, tam gdzie nie dojeżdża technika. Andrzej miał 30 lat, kiedy zginął. Samek Skierski, z którym robiłem zimą nowe drogi na Kapałkowych Turniach zginął na Wschodniej Ścianie Mont Blanc mając 26 lat. To bardzo wcześnie, ale temat śmierci nas wtedy nie interesował. Myśmy to traktowali tak, jak się idzie na bitwę – część może zginąć, trzeba uważać tylko, żeby nie podpaść pod kule. Oczywiście, jak giną bliscy ludzie, to się to odczuwa strasznie. Śmierć Andrzeja bardzo mnie uderzyła, chciałem wszystko odpuścić, zrezygnować z wyprawy. Akurat byłem z Francuzami na Huarascaran Norte w Cordyliera Blanca w Peru.

Ta nasza młodość była po prostu przygodą. Przed wyprawą na Makalu w 1978 roku wspinałem się z dwoma Amerykanami, którzy pracowali w genewskim CERN [mowa o Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych – przyp. red.]. To był sam początek sierpnia, w kilka dni później leciałem już z Paryża do Katmandu. W Bombaju od znajomych dowiedziałem się, że w Alpach było potworne załamanie pogody i obaj moi amerykańscy koledzy zginęli na “Całunie” w Grandes Jorasses. Później okazało się, że tego samego dnia na Matterhornie życie stracił także inny mój znajomy – Jean Juge, ówczesny prezydent Międzynarodowej Federacji Związków Alpinistycznych. Po zrobieniu północnej ściany Matterhornu jego partnerzy ściągnęli go do schronu Solvay,“ratunkowej” chatki na ponad 4.000 m na grani, i sami poszli po pomoc. Kiedy wrócili, Juge już nie żył. Miał siedemdziesiątkę. Rok 1978 był tragiczny. Pamiętam, że straciłem też znajomego z Genewy – tłumacza. Zginął w jakiś głupi sposób próbując ratować kogoś z lawiny. Wtedy się zorientowałem, że nagle wokół mnie śmierć zbiera jakieś straszne żniwo. Nie miałem jeszcze czterdziestki, a połowa znajomych zginęła w górach. Czułem, że coś rzeczywiście było nie tak.

Ostatni raz na dużej wysokości byłeś w wieku 69 lat, w 2011 roku.

Razem z nieudaną wyprawą na Elbrus. Uczestnikami byli prof. Roman Kuźniar, politolog i doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego oraz Jacek Kranc, leśnik z Wołosatego w Bieszczadach. Obaj byli bardzo wysportowani. Romek biegał w rozmaitych maratonach. Kilkanaście lat wcześniej, w 1999 roku, zrobiliśmy z Romkiem czwórkową, ale wymagającą północno-zachodnią grań Zmutt Matterhornu. Dobrze znałem jego możliwości, wiedziałem, że jest silny. Po prostu doskonały kolega. Kranca znałem słabiej, z widzenia z zawodów skiturowych w Bieszczadach. Co się wtedy stało na Elbrusie? No, śmierć była blisko.

Przyjechaliśmy, potrenowaliśmy. Wyszliśmy gdzieś na 4.600 m. Na skały Lenza doszedłem 20 minut po nich, więc stwierdzili, że choć dobijam siedemdziesiątki, to cały czas jestem dobry. Na szczyt mieliśmy startować, od dostępnej podówczas jego północnej strony, następnego dnia. Komercyjne wyprawy szły jedna za drugą. Ja pierwszy raz w czymś takim uczestniczyłem, ale oni mieli pieniądze, zwłaszcza Romek. Dowieźli nas samochodami po wertepach do znakomicie wyposażonej bazy.

Mamy o północy wyruszyć w górę, a tu leje. Czekamy godzinę, dwie – leje dalej. Ja mówię czekajmy do następnego dnia, może pogoda się poprawi. Oni na to, że nie, bo muszą wracać do pracy. Zresztą jeden dzień już straciliśmy przez opóźnienia samolotów. Koło drugiej, jak zobaczyli, że startują grupy komercyjne z przewodnikami to pobiegli za nimi. Przed wyjściem nakazałem, żeby absolutnie się o tych grup nie oddalali. Obiecali, że będą się ich trzymać i poszli. Deszcz nad ranem przeszedł, i gdy koło siódmej rano podszedłem gdzieś na 4.300, szczyt całkowicie tonął w chmurze, ale myślałem, że jak jest tam wyżej z pięć komercyjnych grup to Romkowi i Krancowi nic się nie może stać. Około dziewiętnastej widzę z daleka, że wraca dwójka. Jeden zmęczony, słania się na nogach, wywraca. Jak podeszli bliżej, okazało się, że to siedemdziesięcioletni Japończyk z przewodnikiem. Zapytałem, czy widzieli dwóch Polaków. Odpowiedzieli, że tak, ale ta dwójka została. Inni, którzy wracali do bazy twierdzili, że mimo braku widoczności Kuźniar i Kranc postanowili wejść na szczyt podczas kiedy inni rezygnowali. Jak minęła dwudziesta i zapadł zmrok, to wiedziałem, że zostali powyżej 5500. Powiadomiłem telefonicznie służby ratunkowe. “Kurczę blade – mówię sobie, ja wcześniej myślałem, że już jestem stary i takie historie należą do przeszłości, bo przecież wiele razy gdzieś wokół mnie ginęli w górach przyjaciele, koledzy… A tu nagle – Boże Święty, znów wypadek!” Ta noc była ciężka, straszna. Rano przyleciał helikopter, a młodzi chłopcy z Kisłowodzka już o świcie pobiegli w górę ich szukać. Godzinę później widzę z bazy, że gdzieś tam wysoko wyłaniają się Romek i Kranc schodzący z ratownikami, którzy wsparli ich gorącą herbatą. Uff. Usiadłem, wreszcie odpoczynek. Opisując tę historię przypomniałem sobie to uczucie, że tu ktoś śpi obok ciebie, je, pije, rozmawiacie, a nagle go nie ma. Wychodzi w górę i nie wraca. Wtedy wszystko dobrze się skończyło. Romek tylko odmroził sobie palce, a Jacek przymroził tyłek, jak siedzieli przez noc przy -20 stopniach w jamce, którą sobie na szczycie wykopali.

A ty sprawdziłeś w górach granice swoich możliwości?

Tak. W 1973 r. wróciłem z Ameryki. Pracowałem trochę na politechnice w Lozannie, ale miałem sporo wolnego czasu. Byłem w świetnej formie. Pamiętałem, jak Janusz Kurczab rzucił kiedyś, że chętnie poszedłby solo na Brenwę. Dobry pomysł pomyślałem! Kupiłem sobie nowe raki, miałem śruby lodowe tzw. korkociągi. Nie znaliśmy wtedy śrub tytanowych. Czy miałem młotek lodowy? Zdecydowałem, że nie potrzebuję, bo mam korkociągi, a tam jest sam lód, więc nie muszę nic wbijać. Poszedłem z normalnym czekanem. W nocy wystartowałem, minąłem parę zespołów. Patrzę, w lodzie są dziurki, dziurki, dziurki. Myślę sobie: “Jest dobrze”. Potem, w górze, okazało się, że przede mną jest kilkanaście metrów szczerego, stromego lodu. A ja jestem ze zwykłym czekanem i rakami… Ale przeszedłem, Boże Święty! Później widziałem, jak się robi prawidłowo drogi solo, ale wtedy na Brenwie nie miałem o tym pojęcia. Odtąd myślałem sobie: “Człowieku, bądź ty ostrożny”. Ale jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, pokazałem sam sobie, że potrafię. Że jestem ostry alpinista (śmiech).

Kiedy w górach czujesz się najlepiej?

Gdy miałem 75 lat przeszedłem grań Wideł. To było ostatnie marzenie, które chciałem w Tatrach zrealizować. Dziś wchodzę najwyżej na Gęsią Szyję. Czasem sobie jeszcze na nartach pokręcę, bo przy dobrym słońcu ciągle nieźle widzę jednym okiem. Kupiłem nowe biegówki z łuską, chodzę po Gubałówce, Antałówce, Bachledzkim Wierchu. Jak mówi Marian Czaicki, stary przewodnik tatrzański, trzeba pokornieć. I ja spokojnie pokornieję, ale mam satysfakcję z tego, co robiłem, jak byłem młody. W domu zaś czuję się najlepiej, kiedy zdejmę but narciarski z prawej nogi. W latach siedemdziesiątych miałem pierwsze buty plastikowe i tak mnie gniotły, że zrobił mi się halux. Więc, jak dziś po nartach zdejmuję buty, to czuję się wspaniale.

A dziś boisz się śmierci?

Bać się śmierci? A po co?! Ja mam chłoniaka. Odkryto go u mnie w 2012 roku po powrocie z wyprawy na Mount Cook (3754 m) w Nowej Zelandii. Zacząłem słabiej widzieć na jedno oko. Jesienią po badaniach okazało się, że w oczodole mam nowotwór. Po całym roku zabawy chemią, mini-operacji i lokalnym napromieniowaniu wyszedłem z tego. Czułem się dobrze, jeszcze się wspinałem, jeździłem na nartach. Ale po sześciu latach chłoniak się odrodził. Wylądowałem znów u prof. Wojciecha Jurczaka, który się zapytał, jak długo chciałbym żyć? A ja na to, że 80 lat, bo tyle lat żyli i Platon i Budda. Po co więcej? Doktor Jurczak, ktory sam też chodzi po górach, się zaśmiał. Jeszcze takiego klienta nie miał. Wkrótce kończę 79, więc do osiemdziesiątki mam mniej więcej 14 miesięcy i muszę kombinować, żeby jakoś to wyrobić. I to mnie teraz interesuje. A to, co będzie później? Eee tam.

 

This entry was posted in Alpinizm, POLSKIE TEKSTY. Bookmark the permalink.

Comments are closed.